Prace








Skażenie

Widzimy galerię sztuki po klęsce, a właściwie po różnorakich klęskach, których wspólnym znakiem staje się ekspansja czerni. Raz jest jak błąd na ekranie komputera - error, czarna płaszczyzna przysłaniająca część obrazu, który z jakichś powodów nie chce się wyświetlić w całości. Innym razem to gest szalonego? sfrustrowanego? malarza, wyrazistym gestem zamalowującego czarną farbą dzieła Wielkich i Sławnych. Czarny szlam unosi się na powierzchni gablot chroniących dzieła i wydaje się skapywać na nas z podwieszonego u sufitu bloku kleistej mazi. Takie wrażenie można odnieść oglądając wystawę najnowszych prac Krzysztofa Nowickiego. Przytłaczająca czerń - jak skażona ropą woda, jak belka w oku.
Patrząc na nowe realizacje artysty z perspektywy jego wcześniejszej twórczości można dojść do wniosku, że stanowią one w pewien sposób negatyw starszych prac, które obnażały szkielet dawnego malarstwa. Pod względem formalnym kojarzyć się mogły z grafiką komputerową i chociaż proces cyfryzacji dawnego malarstwa odgrywał pewną rolę w procesie ich powstawania, to transformacja kilkusetletnich wzorców polegała nie tyle na nałożeniu na nie współczesnego, geometryzującego filtra, co raczej na docieraniu do ich zarodka, tak, aby znane nam kompozycje ukazać in statu nascendi, zgodnie z dawną praktyką artystyczną, wedle której pracę nad dziełem malarskim poprzedzały liczne i pieczołowicie prowadzone studia nad kompozycją, konstruowaną w oparciu o struktury geometryczne - czasem podstawowe, czasem niezwykle skomplikowane. Postacie z obrazów Krzysztofa Nowickiego stawały się zatem obdartymi z ciał wersjami swoich pierwowzorów.
Tym razem artysta obiera odwrotną strategię i zamiast docierać do początku - rzutuje historyczne artefakty w przyszłość, w ich przyszłość, ukazując w skondensowany sposób to, co dzieje się z nimi w trakcie upływu czasu i jaki ma to wpływ na naszą percepcję sztuki wcześniejszych epok.
Punkt wyjścia stanowi tu spostrzeżenie, że obiekt, który oglądamy współcześnie, nie jest tożsamy z tym, który wyszedł spod ręki malarza doby nowożytnej; nasza percepcja jest skażona tyloma różnymi zanieczyszczeniami, że sam pierwotny obraz zaczyna stopniowo zanikać pod ich naporem. Aż w końcu nie widać już nic.
Zabrudzenia obrazu bywają różnorakie. Można zacząć wyliczanie od tych fizycznych czy fizykochemicznych, takich jak zauważalne z biegiem lat zmiany odcienia barwników, ciemnienie werniksu, ingerencje konserwatora, aż po przesłonięcie obrazu muzealną szybą, chroniącą obiekt, ale i utrudniającą kontakt z nim - pełną nie do końca startych odcisków palców, drobinek kurzu, często niefortunnie oświetloną. Na drugim biegunie sytuuje się ciężar wiedzy historyczno-kulturowej, przy czym zaślepienie może przebiegać tutaj dwutorowo. Z jednej strony możemy być zdolni do postrzegania głównie (jedynie?) historycznego kontekstu samego dzieła, utrudniającego dotarcie do niego samego w jego ściśle fizycznym aspekcie, jak również odczytanie jego czysto formalnych aspektów. Z drugiej strony można też całkiem nie widzieć treści zawartych w dziele - ciężar dawności, ciężar mitu dawnych mistrzów jest tak wielki, tak przytłaczający, że sprawia, iż obrazy te funkcjonują na zasadach niedostępnym innym elementom kultury wizualnej; zasadach umożliwiających powszechne zaakceptowanie w nich tego, co w przypadku prac współczesnych artystów często wzbudza oburzenie (np. wyjątkowo brutalne sceny przemocy, gloryfikacja ideologii - szczególnie politycznych - z dzisiejszego punktu widzenia uznawanych za niemoralne czy też przekraczanie granicy pornografii). Czy zatem dawnym mistrzom wszystko wolno? Wydaje się, że tak. Łatwo przymknąć jedno oko. Pół pola widzenia staje się czarne.
           
Joanna Kaźmierczak