Prace








Recenzja Pracy Dyplomowej Pana Krzysztofa Nowickiego
                                      Wydział Malarstwa ASP Gdańsk






„Już sam kształt, nawet wtedy, gdy jest abstrakcyjny, pod postacią geometrii, jest utworem żywym obdarzonym wewnętrznym głosem, posiada właściwości z tą formą identyfikujące się. Trójkąt (...) jest istotą posiadającą duszę i sobie tylko właściwy wewnętrzny zapach” (Wassilij Kandinsky, O duchowości w sztuce, tłum. Stanisław Fijałkowski, Państwowa Galeria Sztuki w Łodzi 1996, s. 65-66).








Jak ciało meduzy zbudowane jest w 90 procentach z wody, tak obrazy Nowickiego zbudowane są z trójkątów.
Trójkąt, zapowiedź wstydliwej obecności pisuaru za drzwiami Nowicki rehabilituje i podnosi z byle jakiej misji: zgodnie z filozofią platońską ta podstawowa figura i najmniejsza cegiełka w budowie Kosmosu stanowi najdoskonalsze narzędzie docierania do Absolutu. Nie wiem, czy Nowicki akurat aspiruje w tę stronę, ale od czasu, kiedy Go poznałam na plenerze po pierwszym roku studiów: dotarł kosmicznie daleko.


Obrazy epok renesansu i baroku poddaje obróbce i edytuje w niedostępnych mi umysłowo programach komputerowych, pozbawia narracji i kastruje z bogatego wyposażenia w atrybuty, nadając im w ten sposób zupełnie nową formę. Surowe konstrukcje pękniętych luster, błyski zwiastujące siedem lat nieszczęścia, ale przecież szczęścia, bo za Nowickim  wygrane jedne konkursy, obiecujące finały innych. Bystre czernie i rozmaite szarości: raz stłumione, zamszowe, ale i te z cynkowego wiadra i z suchej słoniowej skóry, czasem matowe, czasem przestrzenne impastem pokierowanym umiejętnie włosiem pędzla. Estetyczne, geometryczne dalekie wrażenia, echa pierwowzorów. To, co opisuje te prace, to wyważona kompozycja, każdy szczegół zdaje się być i przemyślany i może kilkukrotnie przemalowany, pedantyczna czystość formy, dyscyplina, minimalistyczne założenia.
Esteta eksperymentuje z formami na płaskiej powierzchni, jakby „rozkodowywał” medium malarstwa, szukał zero- jedynkowych metod na wybujałe łydki amorów, girlandy dzikich kwiatów, rozkoszne owoce i całą symbolikę wyczyszczoną z oryginałów. Tam, gdzie całość jest tak surowo trzymana w ryzach trudno mówić o spontaniczności i łatwej omyłce. Artysta  jednak paradoksalnie wprowadza nas w swoje rozważania o błędzie: tej drzazdze za paznokciem ludzkiego, całkiem nie boskiego pochodzenia. Reprodukcja, jej powielanie
i błąd drukarza, rozmazany obraz, niewłaściwa saturacja kolorów, pytania o temperaturę barw:  w tym gronie, w którym się dzisiaj spotykamy niepokój przed drukiem własnych monografii nikomu nie jest obcy. Oglądając „album” Nowickiego przygotowany, jako aneks dyplomowy przypominam sobie inny album: ogromnego Ilję Riepina przywiezionego przez Matkę z Leningradu z podróży służbowej, w którym trzyletnia napatrzeć się nie mogę,  jak car Piotr na ogromnej rozkładówce godnej playmate miesiąca trzyma w objęciach swego konającego syna, a ten z wywalonymi cytrynowymi białkami broczy krwią w kolorze zieleni Veronesa na amarantowy wzorzysty lazurami dywan z Buchary. Było to moje pierwsze doświadczenie tak bliskie halucynacji. Stopniowe płukanie oryginałów z barw, degradacja
i zamazanie dzieła przez wszystkich uczestniczących w reprodukowaniu pośredników, jak w mechanizmie plotki z magla, po której istocie w powtarzanej przez dziesiątą osobę wersji nie ma już śladu, lub mechanizmie psucia się afrykańskich bananów w zbyt długim transporcie.


Płynność i manipulacja reprezentacją obrazu: nad tym inteligentnie medytuje Nowicki w swojej sztuce, czym dowodzi, i to mi się podoba, że grać w oparciu o jeden skromny, ale inspirujący motyw, grać jednym pytaniem można w malarstwie nieskończenie długo.


Z poważaniem
dr hab. Anna Królikiewicz